Katarzyna Zimmermann- słupska Czarownica

Katarzyna Zimmermann

Słupsk 1701

Katarzyna przyszła na świat w Brulow w Westfalii. Tam też poślubiła kowala Martina Nipkowa, z którym przeniosła się do Postomina. Kunszt kowala i jego pracowitość rychło znalazły uznanie i ówczesny burmistrz Słupska – Baumann jął nakłaniać go, by, wraz z rodziną, przeniósł się do miasta. Martin wahał się czas jakoś, lecz obietnica oddania mu do dyspozycji miejskiej kuźni skłoniła go do kolejnej przeprowadzki. Wraz z Katarzyną, zamieszkał tedy w Słupsku, ciesząc się tam uznaniem i szacunkiem mieszkańców. Niespodziewanie jednak śmierć przecięła jego pasmo sukcesów.
Owdowiała Katarzynie nie zbyt długo pozostała w samotności. Rzeźnik Andreas Zimmermann bowiem szybko zaczął zabiegać o rękę młodej wdowy i zdobył jej względy. Wybór okazał się słuszny, kobieta bowiem stała się doskonałym wsparciem w mężowskim interesie. Andreas jął się bogacić, co wywołało coraz bardziej niechętne spojrzenia, właścicieli sklepików. Wszyscy doskonale wiedzieli, iż stała za tym obrotna Katarzyna. Ponadto kobieta była biegła w ludowej medycynie, więc nie jeden omijał aptekę i do niej kroki kierował, gdy boleść go jaka ogarnęła. To zaś budziło kolejne szepty i niechętne spojrzenia. Inne niewiasty nie darzyły Katarzyny sympatią, od p[lotek bowiem stroniła, a niejednokrotnie w dobitnych słowach wyraziła swoje zdanie.
Czasy zaś były niespokojne. W owym czasie w Słupsku toczyły się procesy oskarżonych o czary i niechętni Zimmermannom uznali, iż to najlepszy sposób, by pozbyć się niewygodnej Katarzyny.
Dnia 4 maja 1701 roku aptekarz Zienecker udał się do magistratu, niosąc pod pachą pismo z oskarżeniem żony rzeźnika stosowanie czarów. Ażeby potwierdzić swoje oskarżenie, dodał, iż dwie czarownice z Łosina, które już spalono, wskazywały również na Katarzynę jako uczestniczkę sabatów.
Katarzyna dowiedziała się rychło o zarzutach, a że była kobietą mądrą, namówiła męża, by opuścić Słupsk i wyjechać do rodziny w Gdańsku. Urzędnicy magistratu jednak uprzedzili ucieczkę i nałożyli wysoką kaucję na Katarzynę. Jako że Andreas nie był w stanie jej zapłacić, kobieta znalazła się w więzieniu w baszcie nad Słupią. Dnia 31 maja mąż złożył jednak prośbę o jej uwolnienie. Niestety, ta została odrzucona. Katarzyna doskonale wiedziała, że nie uniknie procesu.  Akt  oskarżenia, który został jej przedstawiony, zawierał 68 paragrafów. Wśród wielu zarzutów znalazły się te dotyczące konszachtów z mocami piekielnymi. Otóż, utrzymywano, jakoby Katarzyna w gaju przed Bramą Młyńską zapisała duszę diabłu, który po tym pakcie obcował z nią i naznaczył brązową plamą jako swoją kochankę; tam też otrzymała w darze ducha, który był odtąd jej na posługi. Kobieta zaprzeczyła tym oskarżeniom.
Podobnie zaprzeczyła, gdy sąsiedzi jęli składać swoje zeznania. Ze zgrozą słuchała oskarżeń jakoby za jej sprawą zdychały zwierzęta, chorowali ludzie, a na Słupsk spadły wszelkie możliwe plagi.
- To kłamstwa! – twierdziła śmiało, spoglądając w oczy sędziów i oskarżycieli – Nie jestem czarownicą!
Sędziowie z magistratu uznali rychło, że Katarzyna dobrowolnie nie przyzna się do diabelskich konszachtów i zwrócili się do Wydziału Prawa na Uniwersytecie w Rostocku. Dnia 27 lipca 1701 roku nadeszła odpowiedź zezwalająca na poddanie oskarżonej torturom. Sędziowie nie zamierzali zwlekać.
Już nazajutrz kat wyprowadził Katarzynę do izby. Zdarto z niej odzienie w poszukiwaniu śladu wiedźmy i odnaleziono ową plamę na ciele. Nie zwlekając, zgolono jej włosy i poddano ją torturom. Nieszczęsną kobietę zakuto w dyby, a następnie łamano śrubami ręce i nogi. Pomimo straszliwego cierpienia, nadal nie przyznawała się do winy.
- Bóg mi świadkiem, żem niewinna… - szeptała, gdy pytali, czy złoży zeznanie.
Gdy zakończono owego dnia tortury sprowadzono ją do celi, Katarzyna postanowiła się ratować. Doskonale wiedziała, że oskarżenie o czary jest równoznaczne z wyrokiem śmierci. Nie miała więc wiele do stracenia. W trzy dni później, ciemną nocą skorzystała z nieuwagi strażników, którzy nie zamknęli drzwi i wybiegłszy na mury, rzuciła się do rzeki. Próba ucieczki się jednak nie udała. Schwytano ją i zamknięto ponownie w celi. Rozpacz, która ją ogarnęła i świadomość, że w każdej chwili ponownie wezmą ją na męki, zrodziła pomysł szybszego odebrania sobie życia. Zaczęła tedy głową uderzać o kamienną ścianę. Miarowe uderzenia zaniepokoiły jednak strażników, którzy przeszkodzili jej, gdy już przytomność tracić zaczęła, a krew obficie spływała z czoła.
Katarzynę w istocie wzięto na kolejne tortury. Ileż bólu mogła wytrzymać nieszczęsna kobieta? Przyznała się wkońcu do 20 zarzutów, mówiąc to, czego sędziowie od niej oczekiwali, byleby tylko zakończyli badanie. Potwierdziła, iż obcowała z diabłem i stosowała czary. Wyznała, że uczyła się ich od sędziwej Lullwitz z Postomina, która już nie żyła. Dodała, iż niejaka pani Lawrenc, która również była czarownicą, była odpowiedzialna za śmierć dwóch kóz w Postominie. Pisarz wszystko skrupulatnie zanotował. Sędziowie zgodnie z procedurą zadali oskarżonej 25 pytań, na które odpowiedziała twierdząco. Nie miało znaczenia, czy w słowach, czy skinieniem głowy, dość, że przyznała się do winy.
Nie miała już sił chodzić, więc zaniesiono ja do celi. Jeszcze tego samego dnia, wieczorem odwiedził ją ksiądz. Katarzyna odbyła spowiedź i nazajutrz, gdy postawiono ja przed sądem, by ogłosić wyrok, niespodziewanie odwołała wszystkie swoje zeznania.
      - Pod mękami zeznałam nieprawdę. Odwołuję wszystko, co żem powiedziała. Niewinną jestem i kłamstwem sumienia swego obciążać nie będę – oświadczyła zaskoczonym sędziom.
Ci nie zamierzali jednak dać wiary tym słowom. Po raz trzeci poddano ją torturom 18 sierpnia. Dowodzono,  iż poprzedniej nocy widziano u niej diabła, który pod postacią kota zakradł się do celi. Kobiecie nie oszczędzono żadnych tortur. Gdy przypalano ją żelazkiem, śrubowano ręce i nogi, wbijano drzazgi w paznokcie i rozciągano, Katarzyna krzyczała z bólu, gotowa przyznać się do wszystkiego byleby jej te męki skrócono. Na pytanie sędziów, odpowiedziała więc bez wahania. Przyznała, że przy strumieniu, do którego chodziła, ukazywały się jej duchy w postaci czarnego psa i kozła.
- A teraz błagam… Błagam na wszystkie świętości, skróćcie mi męki i zetnijcie mieczem… - jęczała, błagalnie patrząc na sędziów i kata.
Dwanaście dni później, 30 sierpnia 1701 roku sędziowie wydali wreszcie wyrok. Przewiny Katarzyny ujęto w 14 paragrafach i podano do publicznej wiadomości.
- Katarzyno Zimmermann żona majstra Andreasa Zimmermanna zostaje skazana na śmierć przez spalenie, zgodnie z prawem, na wniosek sądu – ogłoszono na mieście.
Jako że palenie czarownic zawsze było atrakcją dla mieszkańców, w dniu wykonania wyroku ludzie, co żywo, jęli bieżyć na miejsce kaźni. Było to wzgórze, na którym wykonywano wyroki. Tuż obok szubienicy wzniesiono tym razem stos. Katarzynę tam przywieziono i przywiązano do słupa. Na próżno próbowała dostrzec w twarzach gapiów choć cień współczucia. Widziała rozbawione twarze; wielu wskazywało ja palcami, czekając widowiska. Odczytano wyrok, ksiądz odmówił ostatnią modlitwę. Usta Katarzyny poruszały się bezgłośnie, powtarzając jego słowa. Z tłumu rozległy się okrzyki, iż pewnie wiedźma klątwy jeszcze rzuca.  Wreszcie kat podpalił drwa i stos zajął się ogniem. Płomienie unosiły się coraz wyżej, aż wreszcie ogarnęły ciało nieszczęsnej Katarzyny.

Źródło: Czarownica z pomorza i kujaw, Anna Koprowska- Głowacka